J-rock, a zachodnia kultura rock n’ rolla

, , 6 komentarzy

Japoński przemysł muzyczny jest wyjątkowo osobliwy. Przez wieki Japonia była zamknięta na wpływy cywilizacji zachodniej. Zmieniło się to dopiero w XIX wieku, kiedy Japonia stała się bardziej otwarta przez co zachodnia muzyka zaczęła przenikać do świadomości Japończyków i kształtować ich gusta. W latach ’30 na popularności zaczął zyskiwać Jazz, który od tamtej pory (pomijając okres II wojny światowej, kiedy Jazz był w Japonii zakazany jako ‚muzyka wroga’) jest wyjątkowo popularny w Japonii. Japoński rynek jest niezwykle ważny dla tego gatunku, wiele nagrań Jazzowych wydawanych jest wyłącznie w Kraju Kwitnącej Wiśni.

Na początku dwudziestego stulecia pojawił się w muzyce japońskiej nurt nazwany Kayōkyoku, który był silnie inspirowany zachodnią muzyką pop i który później ewoluował w to co dziś znamy jako J-pop. Historia japońskiej muzyki rockowej rozpoczyna się na początku lat ’60 i z nurtu, który był silnie zainspirowany przez dokonania zachodnich muzyków, rozwinęło się coś całkowicie odmiennego i wyjątkowego.


W latach ’60 odbiorniki radiowe rozbrzmiewały dźwiękami nagranymi przez takich artystów jak The Beatles, The Rolling Stones, Bob Dylan, Jefferson Airplane itd. Muzyki, która była mocno zakorzeniona w tradycji Bluesa, Country i R&B, w późniejszych okresach przyprawionej bardziej psychodelicznymi nutami (i substancjami). Muzyka popularna wczesnych lat ’60 była wyjątkowo różnorodna. Od folk rockowych ballad z głębokimi, poetyckimi tekstami, które wykonywał Dylan, przez bardziej żywiołowe i częściej skłaniające do tańca kawałki The Beatles i The Rolling Stones, kończąc na psychodelicznych i intrygujących w brzmieniu zespołach takich jak The Doors i wczesne Pink Floyd z Sidem Barretem. Pojawiały się również zespoły takie jak The Beach Boys, które usiłowały przenieść ducha surfingu w świat muzyki, przy okazji kreując całkowicie nowy gatunek – Surf Rock.

W drugiej połowie lat ’60, jak już wspomniałem wcześniej, substancje psychodeliczne zaczęły wkradać się w umysły młodych artystów z zachodu. Albumy takie jak ‚Sgt. Pepper’s Lonely Hear Club’ The Beatles, czy ‚The Piper At The Gates of Down’ Pink Floydów były jednymi z tych płyt, które uważa się za kamienie węgielne czegoś co dziś nazywamy Psychodelic Rock albo Acid Rock. Oczywiście, nie możemy również zapomnieć o Jimim Hendrixie i jego ‚Are You Experieced?’, które wywróciło przemysł muzyczny do góry nogami, stając się ogromną inspiracją dla późniejszych pokoleń muzyków. W tym samym momencie, japońscy muzycy zdecydowali się zmieszać dwa ostatnie wymienione przeze mnie podgatunki, wymieszać je z rodzimym Kayokyoku, tworząc unikalną mieszankę nazwaną Group Sound.

Group Sound może być w prosty sposób opisany jako psychodeliczny Surf-Rock. Muzyka takich przedstawicieli nurtu jak The Spiders i Takeshi Terauchi & The Blue Jeans jest jak Surf-Rock na kwasie. Jest dużo bardziej wielowymiarowy niż jego amerykański pierwowzór. Nie brzmi tak banalnie, duch pierwotnej chęci zamknięcia emocji towarzyszących surfingowi wydaje się zanikać i dzięki temu muzyka zaczyna brzmieć mniej frywolnie, a bardziej przestrzennie. Niektóre z zespołów reprezentujących Group Sound eksperymentowały z użyciem japońskich instrumentów takich jak Shamisen, który nadaje całości tradycyjnych wibracji, w jakiś sposób intensyfikując jej psychodeliczny charakter, poprzez nadanie kompozycją bardziej egzotycznej struktury.

W latach ’70 rock and roll stał się jeszcze bardziej różnorodny. Hard Rock stał się jednym z czołowych podgatunków muzyki rockowej. Alice Cooper, Deep Purple, Led Zeppelin, AC/DC, lista świetnych zespołów, które zyskały już status legend ciągnie się w nieskończoność. To w latach ’70 organizatorzy rockowych koncertów zaczęli organizować je częściej na największych stadionach niż na niewielkich, zamkniętych scenach. Za sprawą Allman Brothers Band i Lynyrd Skynyrd pojawił się nowy styl, nazwany Souther Rockiem, fuzja rocka, country i bluesa. Punk Rock zaczął przebijać się na powierzchnie mainstreamu i stał się jednym z najważniejszych kamieni milowych w historii muzyki popularnej. Po śmierci Jimiego Hendrixa i Jima Morrisona, rozpadzie The Beatles i dobrowolnym odosobnieniu się Sida Barreta, rock psychodeliczny zaczął tracić na popularności. W skrócie, sporo działo się w zachodnim przemyśle muzycznym w latach ’70.


Wiatr innowacji zawitał również do Japonii. W 1969 roku powstał zespół Happy End, dziennikarze pisali o nich jako o pierwszym zespole rockowym, który wykonywał swoje utwory w języku japońskim.

Wpływ jaki wywarli na japońską scenę spowodował, że zostali okrzyknięci mianem ‚Japońskich Beatlesów’. MTV opisywało ich muzykę jako ‚rock z psychodelicznymi smugami na brzegach’ w Japonii przylgnęła do nich łatka zespołu folk rockowego, ponieważ większość ich utworów bazowała na brzmieniu gitary akustycznej. Ich soft rockowe ballady przypominają bardziej Buffalo Springfield czy Crosby, Still & Nash niż muzykę Boba Dylana, a ich bardziej rockowe numery zawierają Hendrixowsko wrzeszczące brzmienia gitar ze wspomnianymi wyżej psychodelicznymi smugami na brzegach.

W latach ’70 japońscy artyści zaczęli eksperymentować z elektronicznym rockiem. Głównym przedstawicielem tego nurtu był Isao Tomita. Jego album ‚Electric Samura: Switched on Rock’, wydany w 1972 roku, zawierał covery znanych zachodnich przebojów zagranych na elektronicznych syntezatorach.

Wystarczy powiedzieć, że płyta brzmi niezwykle psychodelicznie, w jakiś sposób buduje nastrój tajemniczości i dziwności. Utwory znane wszystkim zaczynają brzmieć jak wytworzone przez jakieś kosmiczne stworzenia. Wygląda na to, że na początku lat ’70 wpływ Acid Rocka, który pomału zanikał w zachodniej muzyce, był wciąż na topie w Japonii.


Po okresie ogromnej popularności muzyki rockowej w USA i reszcie zachodniego świata, w latach ’80 rock and roll został lekko zepchnięty na ubocze. W tej dekadzie liczył się pop, hard rock i heavy/glam metal. W 1982 roku Micheal Jackson wydał najlepiej sprzedający się krążek wszechczasów – ‚Trhiller’. Pojawienie się Madonny, szybująca w górę popularność Prince’a, album Whitney Houston z 1985 roku został okrzyknięty mianem najlepiej sprzedającego się debiutu wszechczasów – bez wątpienia to ci artyści ukształtowali przemysł muzyczny do formy jaką znamy dziś. Wciąż jednak wiele działo się w muzyce rockowej na zachodzie. Glam rock/metal stał się popularnym podgatunkiem. Solowa kariera wokalisty Black Sabbath, Ozziego Osbourna, oraz zespoły takie jak Metallica, Iron Maiden itp. przyczyniły się do popularyzacji Heavy Metalu. Pojawili się ‚wirtuozowie gitary’ tacy jak Joe Satriani, Steve Vai, Eddie Van Halen, Yngwie Malmsteen, którzy wnieśli do branży całkowicie odmienne spojrzenie na swój instrument. Jednym z najbardziej charakterystycznych obrazków związanych z muzyką rockową lat ’80 są kolesie w długich natapirowanych włosach i noszący make-up. Prawdopodobnie to właśnie ten obraz zainspirował japońskich muzyków.

„Band Boom” (バンドブーム Bando Būmu), rosnąca popularność grup rockowych w Japonii zapoczątkowana została w latach ’80 przez Boøwy. Nie dziwi mnie to, że byli tak ważnym zespołem dla japońskiej sceny. Wystarczy posłuchać kilku piosenek by zrozumieć magię stojącą za nimi. Muzyka jest energetyczna, można dopatrzeć się w niej silnego wpływu punk rocka. Styl gry gitarzysty jest świetny, jego gitara brzmi niezwykle ciepło, a jego umiejętności stoją na wysokim poziomie. Wokalista jest niezwykle charyzmatyczny, a co najważniejsze, jest świetnym wokalistą. Jasnym jest czego szukały japońskie wytwórnie muzyczne poszukując i podpisując kontrakty z każdym zespołem chociaż trochę przypominającym Boøwy. Zespoły, które wypłynęły na fali ‚Band Boom’ w końcu uformowały zupełnie nowy i całkowicie unikalny dla japońskiej sceny nurt w muzyce rockowej – Visual Kei.

Ciężko jest jednoznacznie stwierdzić czy Visual Kei jest podgatunkiem muzyki rockowej, ponieważ zespoły, które są z nim łączone mają różnorodną stylistykę muzyczną rozpiętą między glam rockiem, punk rockiem i heavy metalem. Visual Kei, jak wskazuje nazwa, w głównej mierze tyczy się bardziej wyglądu zespołu. Duże ilości make-upu, dziwne fryzury, ostentacyjne stroje, często, lecz nie zawsze połączone z androgeniczną stylistyką. Visual kei stało się bardzo popularne w Japonii między końcówką lat ’80, a połową lat ’90, w tym okresie sprzedaż płyt zespołów powiązanych z tym nurtem zaczęła osiągać rekordowe liczby.

Jak bardzo różnią się od siebie zespoły reprezentujące Visual Kei możemy zobaczyć i usłyszeć porównując ze sobą Buck-Tick X Japan. Oba te zespoły reprezentują zbliżony styl jeżeli chodzi o wygląd, ale ich muzyka jest kompletnie inna. Buck-Tick ma w sobie więcej Nowo Falowego brzmienia, kiedy X Japan zbliżony jest do Boøwy z bardziej punkowo-heavy metalowa stylistyką. Przynajmniej jeżeli mowa o ich wczesnych dokonaniach. Według krytyków Visual Kei traci swojego pierwotnego ducha, zespoły zaczynają kopiować siebie nawzajem, wygląd staje się ważniejszy od muzyki. Jednakoż współczesne zespoły J-rockowe stają się znane na całym świecie bardziej niż miało to miejsce kiedykolwiek w historii.


Historia J-rocka pokazuje, że japońscy artyści potrafią odnaleźć się w gąszczu płynących z zachodu inspiracji i stworzyć z nich coś niepowtarzalnego i unikalnego. Od wczesnych lat ’60 do dzisiaj przemysł muzyczny zmienił się całkowicie. Możliwe, że biorąc pod uwagę rosnącą popularności japońskiej kultury i muzyki, niedługo to zachodnia scena muzyczna będzie czerpać garściami z egzotycznego Japońskiego świata.

 

 

6 komentarzy

  1. Grendaable

    24/08/2016 22:43

    Nie sądzę by zachód kiedykolwiek czerpał z Japonii. Mamy w europie swoje zwariowane kraje. Austria, Niemcy, Szwajcaria… Jedne z najdziwniejszych piosenek jakie słyszałem zazwyczaj pochodzą z niemieckojęzycznych krajów 😀

    Odpowiedz
  2. aspen

    25/08/2016 13:04

    Zainteresował mnie Boowy i po przesłuchaniu niejednokrotnie kilkunastu ich kawałków raczej ich nie zapomnę 🙂 Bardzo energetyczne, a ten mało widowiskowy wokal przekazuje odpowiednie emocje. Charyzma i ogień w sobie robią robotę. Trochę mi się kojarzy (nie znaczy to, że są chociaż trochę podobne) momentami z polskim Lady Pank, trochę z The Smiths. I to przeplatanie japońskiego i angielskiego, chyba typowe dla ich kultury. Nawet niespecjalnie się tym interesuję, ale wiele razy słyszałem w japońskich piosenkach angielskie słowa 🙂 Niby taki tradycyjny kraj, może potrzebują to odreagować.

    Odpowiedz
      • Ola

        12/11/2016 12:42

        Nie wiem jak to wygląda z j-rockiem… ale jeżeli chodzi np. o korean pop, to angielskie zwroty mają przyciągnąć światowego odbiorcę. Piosenka wydaje się atrakcyjniejsza, jeżeli słyszymy coś znanego. 🙂

        Odpowiedz
  3. Anna Piotrowicz

    14/11/2016 20:48

    Wpis ciekawy. Widać, że się znasz na tym, o czym piszesz ;)) Ja mam zerowe pojęcie o historii muzyki i średnio się tym interesuje, ale podrzucę linka komuś kto lubi takie klimaty. 😉

    Odpowiedz

Leave a Reply