Przetwory babci Pearl – czyli o Pearl Jam, koszykówce i Seattle słów kilka

, , 1 Comment

Trzy dni temu minęło dokładnie 25 lat od wydania debiutanckiego albumu zespołu Pearl JamTen, to płyta pod każdym względem genialna i zasługująca na miano legendy. Jest esencją ruchu Grunge, który w latach ’90 zawładnął zarówno Ameryką jak i resztą świata.


Trochę historii

 

andrew-woods
Andrew Wood – wokalista grupy Mother Love Bone

Muzyczną historie osób, które na początku lat ’90 uformowały Pearl Jam można śledzić niemal od momentu ich narodzin. Jednak pierwszym istotnym punktem w łańcuchu przypadku, przeznaczenia i zbiegów okoliczności prowadzących do powstania tytułowego bohatera dzisiejszego wpisu było Mother Love Bone, utworzone między innymi przez basistę Jeffa Amenta i gitarzystę Stonea Gossarda. Motorem napędowym i osobą bez wątpienia odpowiedzialną za sukces grupy był Andrew Wood – wokalista o barwie głosu do złudzenia przypominającej wokal Roberta Planta. Zespół szybko uzyskał uznanie publiczności odwiedzającej kluby Seattle, co w efekcie przyczyniło się do podpisania przez grupę kontraktu z firmą Polygram, w wyniku czego w marcu 1990 roku wydana została debiutancka płyta Mother Love Bone nosząca tytuł ‚Apple’. Wydawałoby się, że nic nie stoi na przeszkodzie świetlanej karierze chłopaków z Seattle. Jednak radość z wydania płyty przyćmiona została przez ogromną tragedie, która doprowadziła do rozpadu zespołu już na początku jego drogi. Kilka dni przed pojawieniem się krążka na sklepowych pułkach, z powodu przedawkowania heroiny, zmarł Andrew Wood.

 Po śmierci Wooda muzycy Mother Love Bone dawali upust swej kreatywności w mniej lub bardziej zobowiązujących projektach, do czasu aż Stone Gossard postanowił odświeżyć swoją znajomość z Mikem McCreadym. Panowie zaczęli ze sobą grywać, a po pewnym czasie dołączył do nich Amnet. W międzyczasie były współlokator Wooda, którego ze zmarłym wokalistą Mother Love Bone łączyło nie tylko wspólne mieszkanie i pasja do muzyki, ale i niesamowity talent wokalny, zaczął komponować utwory ku pamięci zmarłego przyjaciela. Chris Cornell wokalista Soundgarden, bo to o nim mowa, zaproponował nagranie ów kompozycji trójce wyżej wymienionych muzyków do których dołączyć miał Matt Cameron, perkusista Soundgarden. Współpraca ta zaowocowała powstaniem albumu Temple of the dog, jak i nagraniem kilku instrumentalnych numerów, będących zalążkiem nowego zespołu. Temple of the dog, to również pierwszy album na którym wokalnie udziela się Eddie Vedder.


Przetwory babci Pearl

Pamiętam, gdy po raz pierwszy usłyszałam tego zdumiewającego, reagującego bardzo emocjonalnie wokalistę. Szybko zyskali spore zainteresowanie. – Kim Warnick, Fastbacks

Gdy do kwartetu który tworzyli Gossard, McCready, Amnet i perkusista Dave Krusen dołączył wokalista, po Seattle w błyskawicznym tempie przy pomocy poczty pantoflowej rozniosła się wieść o pojawieniu się niezwykle utalentowanego i charyzmatycznego młodzieńca. Jak to możliwe, że drogi Eddiego Veddera, mieszkającego w San Diego, mieście oddalonym o dwadzieścia godzin jazdy samochodem od Seattle, spędzającego dnie pracując na stacji benzynowej, surfując, a wieczorami piszącego teksty i komponującego muzykę i przyszłych instrumentalistów Pearl Jam przecięły się? Za wszystko odpowiedzialny był przypadek, przeznaczenie, albo zwykły zbieg okoliczności. Zanim za perkusją, w dopiero co tworzącym się zespole, zasiadł Dave Krusen, propozycja objęcia tego stanowiska skierowana została do Jacka Ironsa, byłego już wtedy perkusisty Red Hot Chilli Peppers. Ten jednak odmówił, ale stwierdził, że jeden z jego przyjaciół byłby świetnym kandydatem na obsadzenie drugiego wakatu w powstającej grupie.

Moja relacja z zespołem rozpoczęła się jak romans. Przez telefon z Jeffem. – Eddie Vedder

Eddie, po kilku rozmowach telefonicznych pojechał na spotkanie do Seattle, skąd wrócił do San Diego z kasetą demo zatytułowaną Stone Gossard Demo ’91. Vedder dograł swój wokal do trzech utworów instrumentalnych znajdujących się na kasecie, oznaczył ją tytułem Mamasan i odesłał pocztą do Seattle. Stone Gossard i Jeff Amnet byli już wtedy zmęczeni falą nieudolnych sobowtórów Andrew Wooda pojawiających się na organizowanych przez nich przesłuchaniach do roli frontmana. Pierwszą zaletą jaką dostrzegli u Eddiego był fakt, że ten nie miał zielonego pojęcia o istnieniu Mother Love Bone. Do rozstrzygnięcia pozostawała jedynie kwestia wokalnych umiejętności surfera z San Diego. Lecz wszelkie wątpliwości rozwiane zostały gdy tylko Mamasan dotarła do Seattle. Kaseta demo nadesłana przez Veddera zwaliła z nóg Gossarda i Amneta.

To było coś w rodzaju chorej, pełnej niepokoju i napięcia rockowej opery, gdyby Nietzsche miał napisać operę rockową. Nie mogłem wyjść ze zdumienia, kiedy po raz pierwszy usłyszałem co nagrał. – Stone Gossard

 Kiedy skład był w końcu kompletny, rozpoczęły się intensywne sesje nagraniowe. Otwarta pozostawała kwestia nazwy zespołu. Pierwszy koncert nowej grupy z Seattle odbył się 22 października 1990 roku, zespół wystąpił pod nazwą Mookie Blaylock, za inspiracje dla nazwy posłużył koszykarz New Jearsy Nets, Mookie BlaylockGossard Amnet dołączali kolekcjonerskie karty z podobizną swojego ulubionego koszykarza do kaset demo, wysyłanych do miejsc w których chcieli zagrać koncerty, stąd właściciele tych lokali myśleli, że tak właśnie nazywa się zespół. Zdania na temat tego czy nazwa nowego reprezentanta sceny Seattle przypadła głównemu zainteresowanemu do gustu są podzielone. Niektórzy twierdzą, że Mookie Blaylock polubił tę koncepcje, a nawet, że był fanem zespołu, inni twierdzą zaś, że nie był z tego zadowolony i poprosił, aby kwestie nazwy przemyślano raz jeszcze. Sami muzycy obawiali się również, że dotychczasowa nazwa może wpłynąć na to jak zespół będzie odbierany przez poważne wytwórnie płytowe. Nie wiadomo co tak na prawdę skłoniło muzyków do zmiany nazwy. Podobno Eddie zwykł wspominać o swojej babci Pearl, która była żoną Indianina – znawcy halucynogenów i pejotla, dzięki czemu poznała ściśle strzeżony przepis na wykonywanie halucynogennych przetworów domowych. Anegdota ta miała spodobać się muzykom do tego stopnia, że po kilku koncertach Mookie Blaylock zmienił nazwę na Pearl Jam.


Ten grunge to jest coś

To był totalnie magiczny czas. Najbardziej intensywne muzyczne doświadczenie, w jakie kiedykolwiek byłem zaangażowany.Eddie Vedder

7-n-ets-jersey
Mookie Blaylock w koszulce New Jearsy Nets z numerem 10

Pamiątką po krótkim „koszykarskim epizodzie” Pearl Jamu jest tytuł ich pierwszej płyty. Dziesięć (z ang. ten) to bowiem numer z którym Mookie Blaylock pojawiał się na boisku. Jeżeli chodzi o muzykę zawartą na krążku, to śmiało można stwierdzić, że jest ona esencją „brzmienia Seattle”. Część zespołów, które usilnie próbowano zaszufladkować i podpiąć pod termin grunge nie zgadzała się z tym, woląc być opisywanymi jako zespoły grające rock n’ rolla. Osobiście również uważam, że słowo grunge nie opisuje tyle jednego muzycznego kierunku obranego przez szereg zespołów, co raczej cały ruch społeczny, a może trafniej byłoby powiedzieć, całe pokolenie. Ciężko jest wrzucić do jednego worka Nirvane Soundgarden Pearl Jamem, a na to wrzucić jeszcze Alice in Chains, Mudhoney Black Flag. Każdy z tych zespołów reprezentuje nieco odmienną stylistykę. Co więc łączy te zespoły? Miejsce i czas. Druga połowa lat ’80 i początek lat ’90 w Seattle. Stan Washington jest stanem przemysłowym, znajdują się tam fabryki trudniące się przemysłem ciężkim jak i niezliczone tartaki. Stąd też charakterystyczna moda na którą składały się de facto ubrania robocze, flanelowe koszule, ciężkie buty, jeansy. Wszystko to co można było znaleźć w miejscowych secondhandach. Ciekawym faktem jest to, że niezwykle ciężko jest znaleźć wśród reprezentantów sceny Seattle, muzyka, który nie pochodziłby z rozbitej rodziny. Problemy rodzinne, brak ciekawych perspektyw na przyszłość, to rodziło frustracje, która znalazła ujście w muzyce. Mówiąc wprost, w Seattle zaczęło rodzić się coś nowego, coś co pełnymi garściami czerpało z najlepszych tradycji rock n’ rolla. Coś co było lekarstwem na coraz mniej autentyczną i coraz bardziej powtarzalną muzykę okupująca radiowe odbiorniki. Stąd zainteresowanie tą sceną wielkich wytwórni płytowych i szybkie kariery wielu zespołów. Czemu więc twierdze, że to właśnie debiutancki krążek Pearl Jam powinien nosić miano opus magnum całego nurtu? Ponieważ w tych 53 minutach i 26 sekundach zawiera się wszystko to o czym napisałem wyżej. Mamy Alive Realese, traktujące o problemach rodzinnych Veddera. Mamy Even FlowOnce i Porch, które dobitnie opisują walkę jednostki z samym sobą i otaczającym ją światem. Ten niesie ze sobą ducha czasu, ducha społeczności wśród której rodził się grunge, ducha pokolenia, którego głos został zagłuszony przez to z czym usiłowało walczyć – konsumpcjonizm.


Dlaczego Pearl Jam wielkim zespołem jest

Gdybym musiał wskazać jeden czynnik decydujący o wielkości danego zespołu, bez wahania postawiłbym na autentyczność. Ten niewielki pierwiastek, który decyduje o tym, że słysząc jakiś zespół, jakiś utwór po raz pierwszy, po prostu wiesz, że powstał z jakiegoś powodu. Nie jest tylko kolejną radiową wydmuszką, ale ma swoją przyczynę, a za jego sukcesem stoją lata prób, błędów i wyrzeczeń, grania w piwnicach, garażach i Bóg raczy wiedzieć gdzie jeszcze. Eddie Vedder jest jedną z nielicznych osób której empatia staję się wręcz namacalna w każdym słowie i geście. Miałem to szczęście by być świadkiem występu Pearl Jam już dwa razy w swoim życiu. Za każdym razem widziałem zupełnie inny zespół. Odniosłem wrażenie, że to właśnie Vedder jest prawdziwym liderem, osobą, która ciągnie za sobą resztę. Nie mówię tu o jakimś niezdrowym parciu na szkło czy czymkolwiek w tym rodzaju, raczej o tym, że to on określa nastrój danego wieczoru. Jest uosobieniem definicji prawdziwego frontmana. Przekazuje emocje swojej publiczności, urzeka swoją naturalnością. Nie można też zapomnieć o reszcie muzyków. Oni wszyscy jako muzycy są świetni osobno, ale dopiero razem, gdy połączą swoje umiejętności, swój talent, gdy postawią solidny fundament, który jest w stanie udźwignąć ich lidera, dopiero wtedy otrzymujemy niezapomnianą mieszaninę charakterów, życiowych historii, która owocuje tak pięknymi dźwiękami i emocjami, które dostarczają nam ze sceny i głośników domowych zestawów stereo.

Wszystkie cytaty pochodzą z publikacji Martina Clarke pod tytułem PEARL JAM & EDDIE VEDDER. NONE TOO FRAGILE, której tłumaczenie ukazało się w Polsce nakładem wydawnictwa Anakonda.

 

One Response

  1. Grendaable

    12/09/2016 00:10

    Zawsze mnie przerastało szufladkowanie utworów gatunkami. Każda kompozycja jest inna, moim zdaniem, nie powinno się jej dzielić na zbyt wiele gatunków. Owszem, kilka bardzo ogólnych podziałów się przydaje.

    Odpowiedz

Leave a Reply