Metallica — HARDWIRED…TO SELF-DESTRUCT

, , 21 komentarzy

Podobno skończyli się na Kill ’em all, ale jak na trupa mają się całkiem nieźle…

Na wstępie tej recenzji, będąc świadomym tego jakim kultem otoczona jest Metallica w Polsce, chciałbym zaznaczyć to, że piszę te słowa z perspektywy nie-fana. Nie śledzę na bieżąco działań zespołu, nie orientuje się w najnowszych wydawnictwach, większość utworów ich autorstwa, które znam i lubię to te, które wydostały się na powierzchnie głównych strumieni radiowych. Wszystko to, mimo tego że z Metallicą łączy mnie niejako pewnego rodzaju sentyment — pierwszy riff, który nauczyłem się grać na gitarze pochodził z Welcome Home (Sanitarium).

Czy taki stan rzeczy upoważnia mnie do tego by pisać cokolwiek o najnowszym albumie ‚Mety’? Myślę, że tak, wszak pozbawiony jestem wszelkich oczekiwań odnośnie tej płyty, podchodzę do niej na świeżo, bez żadnych negatywnych ani pozytywnych odczuć. Znaczy dla mnie dokładnie tyle co każda inna płyta.Pozwala mi to więc zachować zupełny obiektywizm.

Już pierwsze dźwięki Hardwired są fenomenalne, płytę otwiera energiczny, agresywny, lecz nie trywialny utwór — jakby ktoś rzucił kamień na pedał gazu by wyrwać w szaleńczym pędzie do przodu, trzymając przy tym pewnie kierownice tak by nawet na chwile nie utracić kontroli nad tym co się dzieje. Jest agresywnie, jest mocno, jest trashowo. Dynamika utrzymana jest w podobnym tempie aż do samego końca, zwalniamy tylko na króciutkie momenty, by zaczerpnąć powietrza i nabrać jeszcze więcej ochoty na to by dalej popędzić w zaserwowaną nam szaloną, lecz jednocześnie niesamowicie selektywnie brzmiącą, muzyczną przygodę.

Album jest przyjemny w odbiorze. Odcina się od tych okresów zespołu kiedy Metallica na siłę próbowała udawać zespół popowy, nie ma tu też tego bałaganiarskiego podejścia do muzyki jakie słyszałem na St. Anger — niepotrzebnego zalewania słuchacza masą dźwięków mających udawać próbę wyrażenia agresji. Hardwired…To Self-Destruct jest idealnie wyważone, daje poczucie tego, że otrzymujemy na krążku wszystko to co najlepsze Metallica ma nam do zaoferowania.

Podsumowując, jest to album godny polecenia nie tylko fanom Metallici — myślę, że płyta ta sprawdziłaby się również jako doskonała odskocznia od codzienności dla ortodoksyjnego fana jazzu.

 

21 komentarzy

  1. Klaudyna

    04/12/2016 16:36

    O, są dostępni na Spotify? Jestem zaskoczona, zawsze się od takich zjawisk odcinali.

    Dobrze tak przeczytać szczerą recenzję od nie-fana, sama mam podobny stosunek do Metallicki. Przy czym mój pierwszy raz na gitarze miał miejsce przy udziale „Nothing else matters” 🙂

    Odpowiedz
  2. healthystyle

    04/12/2016 16:49

    Klasyk gatunku to fakt, ale totalnie nie w moim guście – nie dlatego, że nie lubię konkretnie ich, tylko po prostu ten rodzaj muzyki jakoś mnie nie kręci 😉

    Odpowiedz
  3. Sawka

    05/12/2016 10:17

    Dobrze, ze sie tworza, na pewno duzo ludzi bardzo na to sie cieszy. Jednak nie lubie tego typu muzyki – dla mnie podchodzi soft rock.

    Masz bardzo fajnego bloga, chyba jeszcze nie widzialam nigdzie bloga stricte muzycznego. Tak trzymaj!

    Odpowiedz
  4. Beatta Sz

    05/12/2016 20:40

    Fanką Metallicy nie jestem, ale kiedyś słuchałam niektórych kawałków. Z ciekawości posłucham.

    Odpowiedz
  5. Marta Kraszewska

    08/12/2016 20:08

    St. Anger też mi nie przypadł do gustu, chociaż byl ostrzejszy. Coś mi nie pasowało i znalazlam odpowiednie określenie tutaj: balagan. Self-destruct sprawił, ze chcialam wiecej. Jesli cala plyta jest taka dobra, tzn ze dobrze, ze zamieściłam ją na liście prezentów do sw. Mikołaja:)

    Odpowiedz
  6. Dominika

    03/01/2017 20:04

    A teraz ja wypowiem się wieloletnia fanka Mety – masz dużo racji w tym, co napisałeś. 😀 Ta płyta to fenomenalny powrót do starego brzmienia z czasów, kiedy jeszcze nie chciało im się tak bardzo eksperymentować. To dobry, mocny kawał metalu, którego słucha się z największą przyjemnością. 😀

    Odpowiedz

Leave a Reply